DLACZEGO DZIKIE FORMY ŻYWORÓDEK SĄ NA MARGINESIE ZAINTERESOWANIA HODOWCÓW?

Ryby żyworodne, pomimo niezmiernie interesującej biologii rozmnażania, są w naszych zbiornikach reprezentowane przez zaledwie kilka mało dochodowych gatunków. Trzeba jednak powiedzieć, że wiele niezwykłych gatunków zniknęło z akwariów właśnie z powodu łatwego rozmnażania, albo odwrotnie - z powodu dużych trudności w ich hodowli i rozmnażaniu. W pierwszym przypadku jedno stado reprodukcyjne szybko nasyciło potomstwem szerokie środowisko hodowcy, które też zaczęło produkować kolejne setki rybek, nie dających się w żaden sposób sprzedać. Jest zrozumiałe, że takiego gatunku już nikt nie chce i hodowca przy pierwszej okazji się go pozbędzie, tak że po kilku latach zaniknie.
Drugi przypadek jest bardziej pospolity również w innych grupach ryb. Któż będzie uparcie kupował ryby, które po kilku dniach czy tygodniach niedomagania giną i nic nie może tego powstrzymać? Jest to wielkie zaskoczenie przede wszystkim dla rodziców, którzy kupią dzieciom gupiki (Poecilia reticulata). Ich doświadczenie z młodości (oczywiście upiększone przez czas) każe im zaliczyć te ryby do kategorii łatwych w utrzymaniu i rozmnażaniu. Jednak bardzo szybko się okazuje, że przez długoletnie zabiegi hodowlane doszło do znacznego wydelikacenia dużych form wielkopłetwych, tak że na wysokiej klasy gupiki wystawowe człowiek nie śmie nawet "krzywo spojrzeć".
To wszystko doprowadziło do sytuacji, że obecnie dostępnych jest tylko kilka sprawdzonych gatunków. Szczytem wszystkiego jest fakt, że handlowcy nie chcą przyjmować do swych sklepów nawet tak atrakcyjnych gatunków, jak Ameca splendens, Priapella intermedia, Phallichthys amates czy przedstawicieli rodzaju Hemirhamphus, twierdząc, że ich nikt nie zna i nie dadzą się sprzedać. Problemy ze zdobyciem mniej popularnych żyworodek wprawdzie nie mogą zniechęcić zapaleńców, niemniej nawet długotrwały upór im nic nie da, ponieważ innych gatunków po prostu nie ma.
Zostają więc tylko dwie możliwości: rozejrzeć się w hodowlach akwarystów zagranicznych, albo ryby złowić i przywieźć samodzielnie. Pierwsze rozwiązanie jest - co może zdziwić - mniej efektywne. W Europie hodowlą dzikich żyworodek zajmują się na większą skalę głównie członkowie międzynarodowego DGLZ (Deutschen Gesellschaft für Lebendgebärende Zahnkarpfen e.V. - Niemiecki Związek Hodowców Żyworódek) [ http://www.dglz.de ] z siedzibą w Niemczech. Zgodnie z regularnie publikowanymi informacjami ich członkowie hodują dziesiątki gatunków. Jednak porozumienie z nimi jest trudne, gdyż są bardzo dumni z powodu swych hodowli, ale przede wszystkim ich hodowle nie są zbyt liczne i kiedy już dadzą się namówić na sprzedaż, dostaje się przeważnie bezwartościowe, garbate czy stare egzemplarze, których rozmnożenie jest często niemożliwe. Innym problemem może być i to, że są to zapaleńcy, którzy w hodowli nie są motywowani finansowo (w odróżnieniu od naszych akwarystów, gdyż u nas ryby muszą często na siebie "zarobić") i dla których prostsze jest ryby importować niż rozmnażać.
Własny odłów i import okazuje się więc mimo wszystkich problemów najtańszą i najszybszą drogą do uzyskania niecodziennych gatunków. A przy tym uzyskuje się osobisty, uczuciowy stosunek do hodowanych ryb.

© Dr Roman Slaboch
Z języka czeskiego tłumaczył © Wojciech Zięba